- W Polsce są środowiska energicznie walczące o prawa kobiet i innych mniejszości, które zdają sobie sprawę, jak ważne jest pełne równouprawnienie kobiet, ale są też siły, które chcą odebrać kobietom prawa już zdobyte - mówi prof. Ewa Graczyk z Uniwersytetu Gdańskiego.

Nasza rozmowa ukaże się 8 marca. Czy Święto Kobiet wciąż jest nam potrzebne? 

- 8 marca to ważna data, to ważne święto. Jest to moment nieco wymuszonego ale i tak ważnego zainteresowania mediów i polityków sprawami kobiet. Wprawdzie obecnie sprawy kobiet pojawiły się w mediach z powodów politycznych, głównie z powodu czarnego protestu, ale trzeba je podtrzymywać także wtedy, gdy nie ma bieżącego „paliwa” politycznego, bo kobiety są krzywdzone każdego dnia i przypominanie o tym jest bardzo ważne.

8 marca jest momentem zastanowienia się, jaki jest aktualny stan równouprawnienia. A sytuacja kobiet, jak i innych mniejszości się zmienia, co wcale nie znaczy, że się poprawia. Kiedyś myślałyśmy jako feministki, że emancypacja kobiet będzie ciągłym linearnym procesem ku pełnemu równouprawnieniu, a wcale tak nie jest.

W 2010 roku w rozmowie z „Dziennikiem Bałtyckim” mówiła pani, że feminizm przestał być tematem tabu. Czy coś się od tego czasu zmieniło?

To zależy pod jakim względem. Sytuacja bardzo się spolaryzowała. W tej chwili jest wyraźny podział w Polsce, ale także i na całym świecie. Pojawiły się siły konserwatywne, które odpowiedziały na zdobycze kobiet bardzo silnym pragnieniem powrotu do tego, co było kiedyś. W Polsce są środowiska energicznie walczące o prawa kobiet i innych mniejszości, które zdają sobie sprawę, jak ważne jest pełne równouprawnienie kobiet, ale są też siły, które chcą odebrać kobietom prawa już zdobyte.

Obecnie silne stały się w polskim społeczeństwie tendencje konserwatywne i ruchy skrajnie prawicowe. Jak Pani sądzi, dlaczego właśnie teraz?

W Polsce jesteśmy podatni na różnego rodzaju lęki. Jesteśmy na nie narażeni, bo nasze społeczne życie jest pełne napięć i łatwiej jest je znosić, gdy zaczniemy wyładowywać naszą frustrację, złość i poczucie bezradności na kimś innym. A ponieważ jako zbiorowość bardzo jednorodna mamy słabe doświadczenia inności - różnicy koloru skóry, religii, narodowości – wyżywamy się na tych, którzy są odmienni. Łatwo jest wzbudzić strach przed ludźmi, którzy wydają się dziwni i niezrozumiali. Politycy często manipulują społecznym niepokojem i poczuciem destabilizacji, przypisując „obcym” złowieszcze zamiary. Bywa, że dochodzi do wybuchu agresji, która rodzi się z obaw i strachu przed emigrantami, środowiskiem LGBT, kobietami.
Łatwo taki strach i agresję wzbudzić, bardzo trudno zatrzymać.

Jako osoba o poglądach lewicowych uważam, że wielką winą ekip politycznych rządzących Polską po 1989 roku było przyzwolenie na trwający latami brak poczucia bezpieczeństwa socjalnego wielu grup społecznych, brak realnej przestrzeni awansu społecznego i ekonomicznego dla bardzo wielu kobiet i mężczyzn.

Trudno jest tworzyć autentyczne możliwości rozwoju, znacznie łatwiej obarczać winą za niepowodzenia dziwnych i obcych.

Wspomniała pani o uchodźcach czy środowisku LGBT, ale obecnie krytykowane są także osoby, które walczą o pełną legalizację aborcji czy pełną dostępność tabletek po. Czy realne jest zagrożenie, że prawa kobiet zostaną jeszcze bardziej zaostrzone?

Po to wychodzimy na ulicę, aby taki scenariusz się nie zrealizował. Staramy się samoorganizować, by protest był jak najsilniejszy. Wszystkie powinnyśmy być na jutrzejszym międzynarodowym strajku kobiet, by coś takiego się nie było możliwe. Jeśli nie będziemy protestować, jeśli nie będziemy się samoorganizować, zarówno kobiety, jak i mężczyźni, to rzeczywiście za kilka lat możemy obudzić się w kraju rządzonym przez katolickich fundamentalistów. Na szczęście nie jesteśmy jeszcze bezsilni i bezsilne. Trzeba wychodzić na ulicę, wykorzystywać nasz głos w wyborach, zakładać własne organizacje. Uważam, że Polsce jest potrzebna partia centrolewicowa, która miałaby szansę reprezentować znaczącą - dynamiczną, zdobywającą właśnie świadomość polityczną - część polskiego społeczeństwa. W tym dużą grupę kobiet.

Co każda z nas może zrobić dla obrony i wzmocnienia praw kobiet?

Przede wszystkim angażować się społecznie i politycznie. Można to zrobić na wszystkich poziomach i szczeblach: działając w radach dzielnic, zakładając różnego rodzaju stowarzyszenia, ale przede wszystkim działając o organizacjach partyjnych i wpływając na partie. Trzeba głośno wyrażać swoje sądy, zabierać głos w kwestiach publicznych, wyrażać sprzeciw, naciskać na posłów. Reprezentanci polityczni powinni mieć świadomość, że ich poglądy oparte często na stereotypach i przesądach wcale nie są odzwierciedleniem tego, co myśli duża część naszego społeczeństwa. Uważam, że zaangażowanie społeczeństwa jest absolutnie kluczowe. Ludzie często sądzą, że są bezsilni, a to nieprawda. Czarny Protest to pokazał.

Uważa pani, że Czarny Protest zmienił nasze myślenie?

Czarny Protest ma ciągle wielki wpływ, do dziś oddziaływuje podskórnie, tym bardziej, że my tak do końca nie wiemy, co się wydarzyło. Tłumy kobiet wyszły na ulice, bardzo wyraźnie wskazały, że nie chcą, by narzucano im prawo dotyczące ich ciała i życia. Pytanie, co dalej? Jak to przekuć na inne, bardziej dosłownie polityczne działania? Właśnie dlatego mówię, że potrzebna jest centrolewicowa partia polityczna, jakiej dotąd nie było.

Tegoroczna Manifa warszawska odbyła się jako No Logo, na znak protestu partia Inicjatywa Feministyczna nie wzięła w niej udziału. Czy da się robić feminizm z dala od polityki?

Uważam, że bez politycznego zaangażowania nie obronimy swoich praw i nie pchniemy sprawy równouprawnienia dalej. Dlatego musimy naciskać na polityków i same wchodzić do polityki. To musi być inna polityka – prospołeczna, prokobieca, empatyczna wobec mniejszości. Kobiety polityczki muszą bronić kobiecej wizji polityki.

Jest coraz więcej kobiet w polskiej polityce, ale mam wrażenie, że one wchodzą w męskie role, nie walczą o sprawy ważne dla pań.

Często tak jest, że władza i pieniądze, zdobyte przez kobiety, alienują je w takim samym stopniu jak mężczyzn. Przestają wtedy być solidarne z tymi, które nie mają ich przywilejów. Jeśli jednak wystarczająco duża liczba kobiet o prospołecznej postawie wchodzi do polityki, wtedy trwale zmienia jej reguły.


A nie ma pani wrażenia, że kobiety, szczególnie młode, które żyły w czasach, gdy aborcja niemal we wszystkich przypadkach jest nielegalna, wstydzą się mówić, co naprawdę sądzą na ten temat?

Jak się szacuje, w Polsce wykonuje się od 80 tys. do 150 tys. aborcji rocznie. To jest oczywiste, że wiele z nas poddało się temu zabiegowi. Jeżeli nie można o tym mówić, jeżeli przez tzw. obrońców życia przerywanie ciąży traktowane jest jak morderstwo, to tworzy się klimat niewyobrażalnego horroru, potwornej winy, i ten klimat zgrozy traumatyzuje wiele z nas. A tymczasem trzeba sobie powiedzieć jasno: to się zdarza, to jest normalne, prawo do urodzenia i nierodzenia należy do kobiet, trzeba ciągle powtarzać:”moje ciało, mój wybór”.
Kobiecie ciągle się wmawia, że jest winna i powinna się wstydzić - odmawiamy stanowczo.

Piosenkarka Natalia Przybysz, która przyznała się do przeprowadzenia zabiegu usunięcia ciąży, spotkała się z ogromną krytyką.

Ja jestem jej bardzo wdzięczna. Na pewno jej samej było bardzo trudno zmierzyć się z krytyką. Przerwała zmowę milczenia. To jest bardzo przykre, że za nią nie poszły następne. We Francji w latach siedemdziesiątych XX wieku kilkaset sławnych kobiet przyznało się do tego, że dokonały aborcji. Wśród nich była m.in. Catherine Deneuve. Gdyby w Polsce miały miejsce tego rodzaju wystąpienia, żylibyśmy w zupełnie innym kraju. Szantaż konserwatywnej części społeczeństwa i Kościoła powoduje, że to jest niemożliwe. Uważam, że to, co zrobiła Natalia Przybysz, było bardzo odważne i na dłuższą metę będzie miało wyzwalający wpływ na nasze społeczeństwo.

A czego pani życzyłaby kobietom z okazji ich święta?

Na pewno odwagi w wyrażaniu swoich opinii. Warto życzyć determinacji i wytrwałości, ale także trzeźwości, żeby bystrze przyglądać się politykom, kiedy opowiadają różne rzeczy. Trzeba uważnie słuchać, co mówią, i zastanawiać się, co to dla mnie, dla nas, znaczy. Zastanawiać się ciągle, czy ich działania spowodują, że będziemy mniej bezradne czy bardziej. I konsekwentnie eliminować z politycznej gry tych, którzy nas pozbawiają praw, sił i nadziei.